kultura łowiecka


Idź do treści

Tomasz Bielawski

Tu w XVI w. pisali


Na podstawie wstępu do "Myśliwca" (Wyd. Pojezierze Olsztyn 1980) Wacława Odyńca i Zbigniewa Nowaka
opracował
Leszek Parus.



Tomasz Bielawski i jego Myśliwiec

Na temat pochodzenia Tomasza Bielawskiego krążą sprzeczne opinie. Najpełniejsze i najbardziej wiarygodne informacje znajdujemy w dawnych herbarzach. Z nich wynika, że Bielawscy herbu Zaręba pochodzili z województwa łęczyckiego należącego wówczas do Wielkopolski. Wiadomo, że Tomasz Bielawski w 1576 roku związany był z dworem Stefana Batorego i z kanclerzem gdańskim Maciejem Żalińskim herbu Poraj. Bielawski wraz z Żalińskim przenosi się do dóbr Żalno pod Tucholą. Przed rokiem 1595 Tomasz Bielawski przechodzi na służbę Jana Sokołowskiego, właściciela dóbr tychnowskich i osiada w Bystrzcu koło Kwidzyna w charakterze zarządcy.






Bez wątpienia Bielawski towarzyszy swemu panu w licznych polowaniach organizowanych w jego dobrach na północy Polski. Zdobyte doświadczenie podczas organizacji łowów oraz same polowania skłaniają go do napisania "Myśliwca" - dzieła traktującego o myślistwie. I choć Bielawski wydał drukiem "Pieśni nowe o królewnie Annie" i "Procesyję Wielkanocną" to "Myśliwiec" uznawany jest przez historyków literatury za największe jego osiągnięcie pisarskie. Wysoka ocena wydanego w Krakowie w 1595 roku dzieła dotyczy głównie tematyki, mniej zaś walorów poetyckich i literackiego talentu Bielawskiego. Pomijając oceny talentu twórczości autora "Myśliwca" podkreślić należy, że utwór ten jest jednym z pierwszych dzieł traktujących o myślistwie w literaturze polskiej. Dla nas myśliwych tego regionu, tym cenniejszym, że jest niezbitym dowodem mówiącym o zorganizowanym łowiectwie na naszych ziemiach w XVI wieku. W "Myśliwcu" autor opisuje polowania na lisy i zające w okolicach Bystrzca, Prabut, Kwidzyna, Watkowic, Sztumu i Gniewu. Nikt przed Bielawskim nie opisał tak gruntownie myślistwa opierając się o rodzime przykłady i osobiste doznania. "Myśliwiec" jest jedną z pierwszych perełek literatury polskiej traktującej kompletnie o łowiectwie.



A samo dzieło?
Intencją Bielawskiego było napisanie utworu dydaktycznego o charakterze podręcznikowym, o czym świadczą wypowiedzi zawarte we wstępnych i zamykających poemat wersach. Autor stworzył cykl szesnastu pieśni, w których zaprezentował różne aspekty łowiectwa widzianego przez pryzmat osobistych doświadczeń oraz wynikających z lektury innych autorów (w tym antycznych). Poszczególne części "Myśliwca" nazwał Obrotami (w dawnym języku myśliwskim wyprawami łowieckimi). Akcję umiejscowił w Bystrzcu - centrum dóbr tychnowskich. Poemat ten zadedykował ich właścicielowi Janowi Sokołowskiemu licząc zapewne na konkretne gratyfikacje z tego tytułu. Bielawski "Myśliwca" rozpoczyna od obrazu biblijnego potopu. Wówczas na polecenie Boga odbyło się pierwsze bezkrwawe polowanie mające na celu uratowanie od zagłady wszystkich gatunków zwierząt. Obrót I jest wprowadzeniem do tematu. Bielawski ujawnia swój dość krytyczny stosunek do myślistwa oraz wypraw łowieckich. Obrót II jest pochwałą życia ziemiańskiego dającego obfitość wszelkich dóbr. Zaleca w nim rozsądek proporcji między uprawą i hodowlą a myślistwem stanowiącym rozrywkę. Obroty III, IV, V, i VI poświęcone są psom myśliwskim z szerokim potraktowaniem tego tematu. Obrót VII traktuje o łowach na dzikie zwierzęta. W Obrocie VIII powraca do tematyki psiej przy okazji rozważań na tematy opłacalności łowów. Obrót IX rozpoczyna opisy łowów w Polsce. Akcja Obrotu X toczy się podczas polowania na lisy i zające w okolicach Bystrzca, Prabut, Kwidzyna, Watkowic, Sztumu i Gniewu. Obroty XI i XII są dygresjami. Pierwszy z nich traktuje o zwierzynie drobnej w tym o owadach. Drugi to opowieść o salamandrze. Obroty XIII i XIV opowiadają o ptakach żyjących w Polsce, ich obyczajach i odżywianiu oraz praktycznych wskazówkach dotyczących ich łowienia. Obrót XV w całości poświęcony jest rybołówstwu (polecam go jako ciekawostkę kolegom wędkarzom). W Obrocie XVI jeszcze raz Bielawski wraca do polowań z psami. Tym razem wydarzenia lokalizuje podczas polowania na dziki, sarny, lisy i zające w pobliżu Michorowa. Całość utworu kończy Zamknienie, gdzie autor przypomina podstawowe założenia i cele utworu. Myśliwiec miał dać pełny obraz myślistwa ukazując przygotowania, przebieg i pożytki z polowań. Mniej w nim chodziło o technikę łowów, bardziej o ich istotę i znaczenie w życiu ziemiaństwa. Nikt przed Bielawskim tak gruntownie nie opisał myślistwa opierając o rodzime przykłady i osobiste doznania. Dodatkowym walorem jest fakt, że wiąże on się tematycznie z terenami północnej Polski. Tym samym jest zjawiskiem regionalnym. Szkoda tylko, że przy tym tak mało popularnym i w większości nieznanym nawet braci myśliwskiej naszego regionu. Zobrazowaniem tego XVI wiecznego dzieła niech będzie fragment obrotu X, którego akcja toczy się podczas polowania na lisy i zające w okolicach Bystrzca, Prabut, Kwidzyna, Watkowic, Sztumu i Gniewu.

... Żeś nie jadł, zaniechaj chrapu,
Skok otrzymaj od harapu.
Już ci powiem, mkni z kotem do Bystrca, Bogdanie,
Ujźrzę, o łaskę pańską będzie tobie tanie.

Zaniechajcie się z tą butam,
Poszczujem co ku Prabutam.
Ono zając, u la la, biegaj Serafinie,
Owo wskok rączo bieży rowem ku Kwiedzynie.

Bogdanie, wróć się, nieboże,
Chwałaż tobie, miły Boże.
Niecnotliwa zdarła mu grzbiet wszystek ta Lota,
Weź do tego mniejszego, rozdartego kota.
'
Lepiej by na Watkowice,
Poszukać lisa, wilczyce.
W pańskiej puszczy ku Sztumu, tam się cuda rodzą,
Więc po łęgu ku Gniewu rady tam wychodzą ...


W zbiorach polskich przetrwały dwa kompletne egzemplarze pierwszego wydania "Myśliwca". Jeden z nich znajduje się w Bibliotece Zakładu Narodowego im. Ossolińskich PAN we Wrocławiu, drugi w Bibliotece Kórnickiej PAN.






Popularyzacją "Myśliwca" i jego autora Tomasza Bielawskiego na Ziemi Kwidzyńskiej podjęła się grupa myśliwych organizujących Powiślański Przegląd Muzyki i Kultury Myśliwskiej im. Tomasza Bielawskiego. Od samego początku autor Myśliwca jest patronem przeglądu, a z okazji X jubileuszowej jego edycji 4 września 2010 roku Starosta Kwidzyński Jerzy Godzik, Dyrektor Regionalny Lasów Państwowych w Gdańsku Zygmunt Kaczmarczyk, Prezes Okręgowej Rady Łowieckiej w Elblągu Józef Hryniewicz i obecny właściciel dworku Waldemar Prusiecki dokonali w Białym Dworze odsłonięcia tablicy pamiątkowej poświęconej Tomaszowi Bielawskiemu.

Zachęcając do zapoznania się z "Myśliwcem" dedykuję słowa Tomasza Bielawskiego:

"Ucz się czytając me rymy
Chceszli dostawać zwierzyny."










URODZONEMU PANU JEGO MOŚCI
PANU JANOWI SOKOŁOWSKIEMU
W BYSTRCU
SWEMU MIŁOŚCIWEMU PANU

Jednej matki różny syn wznosi dziwne myśli,
Z żywej skały, acz oba równo światu wyśli.
Jeden się pnie nauką po wysokiej górze,
Drugi myśli o zbroi i wojennej skórze.
Ten umysłem ustawny szeroko przestaje,
Aby jedno oczyma przeszedł cudze kraje.
Ów praw z głębi wiadomość do głowy prowadzi,
Ten zaś lekarstw ozdobę w swym obrocie sadzi.
Jedni brodzą po mokrych w swe okręty wodach,
Kochając się Eola w znacznych niepogodach.
Drudzy obrót rachują nieba, ziemie, świata,
A ci zaś Amfijona strun obchodzą lata.
Owi pług w ziemi topią, ci gór dobywają,
I zboża stąd i kruszców pożytki zbierają.
Dziwna rzecz ludzi jednych, a przemysł wszelaki,
Udźwignie co świat trzyma trudny ciężar taki.
Lecz dziwny zmysł każdego łacno rozum znosi,
Bo się człek różnych znamion od matki wynosi.
Więc się niszą obleje zmysł konstelacją,
I próżno się tu brzydzić przygodnością czyją.
Mars jednego ogarnął, to ten krwią się chłodzi,
Rak drugiego, alić on wspak nieborak chodzi.
Saturnus sępów wszystkich włoży na się czoło,
I tak w sferze aspekty toczą planet koło.
Nuż Wenus w swą, nu władza Merkuryuszowa,
Stąd wesołość na drugich padła Jowiszowa.
Lew, Skop, Pan, Bliźnięta, Ryby, Strzelec, Wagi,
Te i znaki swych planet ostrzegły powagi.
I tak człeka planety w znakach w swych opadną,
Przeto swojej natury kunszty oni zgadną.
Nie poślednia myśl tego w znakomitej toni
Ptaka, który po wiatrach nisko źwierza goni.
O tym ja pisał teraz, inszych nie wspomionę,
Bom tu słudze myśliwych torował osłonę.
Co u pana próżno chleb zagniata zęboma,
Sarna nigdy, lis rzadko, zając nie był doma.
O ptaka go nie pytaj, wrócił się odłogiem,
Próżnochode psy wiedzie na ręku z rarogiem.
Com ja, cny Sokołowski, twej zacnej osobie
Przypisał to Myślistwo, życząc tego sobie,
Aby i ty, bo masz gdzie, i twoi myśliwcy,
Rączoskokie zwierzęta uganiali wszyscy.
I ptaki prawem Bożym człowieku podbite,
I ryby, co w jeziorach swoich masz obfite.

Dan w Krakowie, w poniedziałek po Nawiedzeniu
P. Maryjej, Roku Pańskiego 1595.

Waszmości swego Miłościwego Pana
służebnik

Tomas Bielawski




DO MYŚLIWCA

Chcesz źwierza naleźć w odłogu
Naprzód sam się poleć Bogu.
Wiesz, Apostoł siecią schybił,
Gdy Bóg chciał, onę narybił.

Pies nie pomoże ni trąbka,
Przypędzisz ptakiem jarząbka.
Wszystko się od Boga rodzi,
Płynie, lata, co i chodzi.

I będziesz myślistwa isty,
Jeno bądź na dzień ten czysty.
Przestań na samej poduszce,
A daj pokój paniej duszce.

Więc do tego umiej robić,
Chceszli się w polu ozdobić.
Bóg ci, bracie, pogotowie,
Ale ty czuj w swoim łowie.

Musi-ć każdy w tej nizinie
Czuwać o swojej źwierzynie.
Nikomu w garzć ptak nie skoczy,
Leci precz, gdy go człek zoczy.

Nie sadź się na swe rozumy,
Mało znajdą takie dumy.

Ucz się czytając me rymy,
Chceszli dostawać źwierzyny.

Sam bez psów objedziesz knieje,
Obaczże, gdzie się co dzieje.
Jeśli tam z psy nie dobieżysz,
Siecią źwierza dobrze wzjeżysz.

Gdzie dół, równia, kędy góra,
I w chroście przykra pagóra,
To obacz sam, wiedz, co czynić,
Niż masz ze psy w polu wynić.


A znaj kąt, gdzie kąta bliski,
I jamy, gdzie siedzą liszki.
Boć pies idzie, lecz ty rządzisz,
Nie przeźrzawszy, wskok pobłądzisz.

Ma-ć świat, bracie, wiele bydła,
A na każde trzeba sidła.
Zabić wilka piękna sztuka,
Lecz ten ubieży nieuka.

Masz wiedzieć przebieg niedźwiedzi,
Zając gdzie, sarn, jeleń siedzi.
Nie uciekajże przed wieprzem,
Kwaśnojuchy dobry z pieprzem.



A gdy zbieżysz łosie, słonie,
Pokuś się, a prędko, o nie.
W Synwezie, prawdziwa i to,
Tam łosiom w stawie dobito.

W puszczy będąc rozpłoszone,
Rady w wodę wpadną one.
Psa, człowieka, łoś się boi,
I od pięści zdechły stoi.

Ale ty pięści nie ufaj,
Rusznicę miej, kija szukaj.
Tym rychlej jaźwca zwojuje,
W łeb co trąciwszy poczuje.

Rysie, lamparty, sobole,
Wszystko to człowiek pokole.
Lew się surogniewy wściągnie,
I bazyliszek polągnie.

Człowiek jest to źwierz wysoki,
Rzadkokrajne tury, smoki.
Wychodząc z ćwiczonej szkoły,
Żubry bije i bawoły.

Ręka mocna, ręka tęga,
Salamandry w ogniu sięga.
Ty wielkiego nie ugonisz,
A małe w swój wór uchronisz.

Nie z kuną się tu pasować,
Wiewiórka się umie schować,
Wydra i bóbr suchowodny,
A jeść i szacie przygodny.

Chodziłeś do takiej szkoły,
Gdzie łowią żubry, bawoły?
Polotne człek puszcza strzały,
W krokodyle, bucefały.

A twoje co za ochoty?
Wyjedziesz z charty za płoty,
Ręka twa śpi w rękawicy,
A wyżeł w sforze skowyczy.

A ptacy, wiesz, kędy siedzą?
Dobrzy to myśliwcy wiedzą.
Niż gryfa albo łabęcia,
Dostaniesz rychlej dziecięcia.

Śpiącze głuszca wyśpiegujesz,
Albo gdzie bażanty czujesz.
Jednak co-ć się dostać może,
Oddaj to panu, niebożę.

Wiesz jak myśliwca pytają,
Jak, gdy nie niesie, witają.
Obrok mu zaledwie dadzą,
I gdzie nie bywał prowadzą.

A gdy się źwierzem obłoży,
Talerz pan ciepło nałoży,
Z wierzchem każe nalać piwa,
Poroczki mu doszły żniwa.


MYŚLIWCA OBRÓT PIERWSZY

Korab nam świat zatrzymał, nas i wsze źwierzęta,
Gdy hojny deszcz obchodził swojej pomsty święta.
Myśliwiec w nim, a temu sowita przestroga,
By w sieć wegnał źwierz każdy, ta była od Boga.
Dwój plac wieku człek grzechem i raj i świat traci,
A wżdy wolno Pan za złość wyprzedzoną płaci.
I próżna-ć to, nie nam ci ziemie tej zbudował,
Ale inszym źwierzętom ten niski próg schował.
Ich ci ziemia, ich woda, ich ognie, ich wiatry,
I wszystkich skał ich jamy i skryte teatry.
Jako wszystko tak i to opak człowiek bierze,
Ony-ć nas gonić miały, nie ich my w tej mierze.
W swoim gruncie gwałt cierpieć, kłopot nad kłopoty,
Co nam świat arendują, kusimy się o ty.
Ziemorodne źwierzęta pół okreła skiba,
Brzeg morski osadzieła wodopływa ryba.
Salamandra płomień swój wskrzesza ogniożywa,
Ptastwu rączolotnemu skrzydł wiatrem przybywa.
Ryby w wodzie, a my zaś i ryby i wodę
Spólno z nimi trzymamy, na ich wielką szkodę.
I źwierze my i ptaki, a chciwie chwytamy,
I z nich żywność, z nich suknią i hardy strój mamy.
Biegamy i po wiatrach i wody wartujem,
Niczym inszymże żywy nasz żywot ratujem.
Mszczą się tego (bo krzywda) nad nami źwierzęta,
Jedno zto sił nie mają zgoła, niebożęta.
Wieloryb zjadł Jonasa, Józefa źwierz srogi,
Acz oba się wrócili, jednak nie bez trwogi.
Ukaż się w puszczach dzikim, jedno nie do broni,
Ujrzę, lew, niedźwiedź, słoń, wieprz, jeśli nie dogoni.
Ale-ć nas pędzą z świata i robaczki owe,
Wszy, pchły, pluskwy, szczypawki, sąsiectwo domowe.
Owo z nami, ba i nas źwierze zażywają,
Bo wspólno świat, że ich jest, z nami źwierze mają.
Zje chłop wilka, wilk chłopa, ten temu pan będzie,
Kto mu zębem na grzbiecie i mocą usiędzie.
Wszystko to grzech, wszak tego nie bywało w raju,
Niemy źwierz trącić człeka nie miał w obyczaju.
Dobry tedy myśliwiec pochwytał korabiem,
To co my psy, sieciami, albo strzelbą wabiem.
Lecz wżdą za przywilejem Dawid nas rozgrzesza,
Że pod nogi naszemi leży źwierząt rzesza.



MYŚLIWCA OBRÓT WTÓRY


Rozrządź myślistwo, ale z gruntu prawie,
Bo jeśli w sen dmiesz, nie wygrasz na jawie.
Obmyśl dzień każdy wprzód, to niech cię ruszy,
Źwierzynę duszy.
Poszczuj złość rychło, hańbę zepchni z proga,
Dusza schnie zawsze, teszno jej do Boga.
Nią tchniesz, nią chodzisz, ona ciebie nosi,
Taż nieba prosi.

Potym weźm na się myślistwo domowe,
Żywności tobie niech będą gotowe.
Bez tego próżno, wszystko będzie w szkodzie,
Kiedy o głodzie.

Dobry sarn, zając, przy mięsie wołowym,
Też przy słoninie i tłuszczu skopowym.
Sama źwierzyna bez tego nie stoi,
Serwet się boi.

Gąska jelenia i kapłun ozdobi,
Bo źwierz domowy wprzód na stole robi.
Prosiątkiem misę gdy kuchnią osadzi,
Nic nie zawadzi.

Wołek naorał grochu, rzepki, żytka,
I stąd myślistwa załoga jest wszystka.
Stąd pan, myśliwiec i ogar się żywi,
Gdy z głodu chciwi.

Wprzód połóż żubra na stół, co za sprawa,
Jeśli nie wesprze domowa potrawa?
Gdy wół podstolim, łoś, bawół smakuje,
Ząb postępuje.

Kuropatwa wskok z talerza uleci,
Tyś ją sam spędził, cóż jeść będą dzieci?
Zagląda drugi, żołądek jeść woła,
A skop podoła.

Mostkostucznemu źwierzyna brzuchowi,
A grubotrawnym niech obora łowi.
Głuszca smakować, w pułmisku słyszący,
Dobry gorący.

Czegoż ci jeszcze do tego potrzeba?
Soli, korzenia, a napierwej chleba.
Stodoła bieda, gdy na polu goło,
Poci się czoło.

Z pola się każdy żywi, albo w polu,
Przeto rząd trzymać w takowym okolu.
Bo źwierz, ptak bieży, gdzie lepiej zorano,
Źle, gdzie nie siano.

A ty i rogu z wołu patrzać musisz,
Bez tej piszczałki w pole nie pokusisz.
Jeśliby głośno po lesie nie słynął,
Pies ci by zginął.

Z konopi myślisz ogarom o sforze,
A na to gburek doma pierwej orze.
Okraśną ospą pies z posmakiem tyje,
Toż dobrze wyje.


Koń z pola żyw jest, a ty na nim gonisz,
Z domowej skóry nagotę zasłonisz.
I wab ze skrzydła na ptaki budujesz,
Z kura go snujesz.

Weźmże myślistwa za pewną nowinę,
Chceszli mieć w kuchni każdy dzień źwierzynę.
Sprzęt opatrz pierwej domogospodarny,
Potym do sarny.

Boves et oves Dawid pierwej kładzie,
Toż błędne źwierze ukazuje w stadzie.
Bo z takim rządem będą, a bez chyby,
I źwierz i ryby.



MYŚLIWCA OBRÓT TRZECI


Cóż tu będzie w tej gonitwie,
Przybliża się nam ku bitwie.
Już tu myślmy, a pilnie, o samym połowiu,
A ze wszystkim trzeba nam bywać pogotowiu.

Wychować psy i wyćwiczyć,
Wybór osobno policzyć.
Bo jeśli tak chart, wyżeł będzie zgłembieżniało
Chodzieł, k temu samopas, po takim psie mało.

Chować go z młodu w zamknieniu,
Jednak ma być w dobrym mieniu.
Dać szczenięciu pastw jego, niech źrze do sytości,
Że nabierze równy bok i wychowa kości.

Rado szczenię wrazi gębę,
Gdy ma z serwatką otrębę.
Gdy pomieszasz w pomyjach ciepło zagrzewanych,
Bywa psów, tak je tucząc, wiele wychowanych.

Przeplataj psom te potrawy,
Obrok daj surowokrwawy.
Jakie droby bydlęce, a z krwią pomieszane,
Jadowią się na źwierza gęby krwią polane.

I rybne mieszaj jesiory,
Bo pies od tego nie chory.
Daj i kość mu z talerza, co by młodotwarda,
Będzie ona bestyja skoczna, rącza, harda.

Piątoletnia kość mu szkodzi,
Tą pies sobie nie ugodzi.
Jeśli ząb albo drugi gryząc wywartuje,
I tępy ząb co został i pies się morduje.

Zamkni psy k temu osobno,
Boć to bracie niepodobno,
By się pies nie popsował, wszędy się błąkając,
Ukropu gorącego i kija szukając.


Nie każdy-ć psa kładzie w poczet,
Rzecze: pies ten przelał ocet.
Więc coś ty rok tak głaskał twoje uchowanie,
Potym i "pomaga Bóg" nie dałbym ci za nie.

Sieła pies o rok kosztuje,
A lada czym się popsuje.
Że się z kim ozna kiedy, wielka mu to wada,
O raz psie zepsowanym barzo trudna rada.

Sam mu jeść daj, sam go sfukaj,
Sam psa dobrego poszukaj.
Stąd cię pozna, a ty go przy sobie obawisz,
Tym myślistwa, gdy trzeba, niechybnie nadstawisz.

W tym ginie wyżeł chowany,
Ogar, chart dostanie rany.
Snadź na polu nie będąc, łacno się uszarga,
I bólem tak nabytym pies się barzo starga.

Skoro się już pies nażłopie,
Zamkni go w zakrytej szopie.
Już mu zdrowsza, niż w izbie pościel przed szorstynem,
Czy lepiej, że pies kadzi, a pan zlewa winem?

Albo, że go kto usłapie?
Ujrzysz, pójdzieli przy szkapie.
Pod stołem jego pokój, drugiego pod ławą,
Chromonogi ubieży pies za taką sprawą.

Bezpiecznie to się rzec może:
Pieszczota psu nie pomoże.
Rościągniony po ziemi i wezgłownej ławie,
A potym w piec na popiół, przypatrz się tej sprawie.

Głaszczesz go raz sobie gwoli,
A komin go zaś posmoli.
Przeto w psiarni być chartom, to myśliwiec chwali,
Wyśpi się tam, nie szczerni, nie zżadzi, nie spali.

Wieszże co się dalej dzieje,
Pies w zamknieniu nie zemdleje.
Wczas mu jego ni lecie, w wiosnę, w jesień, zimie,
Jednakowo zostawa, nigdy mu nie zginie.

Nie zawadzą mu powrozki,
Słońce, wiatr, deszcz, ni przymrozki.
Wszystko to przy swej strawie pies wytrzyma zdrowy,
I skok swój myśliwcowi zachowa gotowy.

Sobie ten pies nie ugodzi,
Co się raz patrzy, raz chłodzi.
Ów się z pieca wytoczył i leży na mrozie,
Alić udrżał swej łaźniej na potężnym mrozie.

Gdy mu się wypatrzą oczy,
Nie widzi, chocia poskoczy.
Słyszy wiatr, w wicher wpadnie, zając mu uciecze,
Taki każdy sparszeje, a potem się wściecze.


Zamkni psa, gdzie prawo jego,
Jedno miej oko na niego.
Nie zabaczaj nożg suchych u każdego skopu,
Mięso na stół, nogi psom, skóra w kożuch chłopu.

Gdy jedzą, nie daj się wadzić,
Co mocniejszego odsadzić.
Niech się młode szczenięta łakomie natkają,
Potem duższe psy na żer mądrzy przypuszczają.

Na ścierw chodząc nie zamkniony,
Opącha wszystkie zagony.
Wydziera się ze sfory, już myśli o gnacie,
Ty zająca, pies potraw tatarskich, szukacie.

A zając się we krzu śmieje,
Bo już pewien swej nadzieje,
Że nie widzi, by go kto za twą trąbką gonił,
A wyżeł się w kobele na łące zasłonił.

Trzeba mieć psa w dyscyplinie,
Kto się przypatrza źwierzynie,
Która bywa a w każdym chowaniu czujności,
Bo pies dobry w poszczuciu nie myśli o kości.

Ciągnie się ze wszystkich skoków,
Skóra się wyciąga z boków.
To tam nie żal ni prace na psa, ni nakładu,
Gdy za źwierzem wędruje czujny chart po składu.

Nie próżno śpiewała trąbka,
Nagrodzieła się otrąbka.
Jedne sarny na jutro pozostały w lesie,
Mój kmotr w Bystrcu jelenia na ramionach niesie.

Tak ci, bracie, tak ci, tak ci,
Dobrze się tym żywią charci.
Gdzie-ć psu jeść ile trzeba, jak tam nie żałują,
Tedy-ć strojno, z pożytkiem, na każdy dzień szczują.

Obaleł sarnę mój chudziec,
Na rożnie tkwi świeży udziec.
Rady kotły źwierzynie pobitej w te doby,
A myśliwiec skórę wziął, k temu wszystkie droby.



MYŚLIWCA OBRÓT CZWARTY


Mianować w tym trzeba wyżła,
W ten czas, gdy do parzej ciżba.
Z młodu i insze szczenięta,
Ogary, także charcięta.

Kiedy jeść, acz w sopie dyszą,
Każdy imię swe usłyszą.
Będą mniemać, iż do sprawy,
Że ich wołasz do potrawy.


W skoczny się pies porwie taniec,
Ty go ukarzesz na szaniec.
Doma mu się w parzą drobi,
Niechże ją w polu zarobi.

Pójdą na głos, by do dzwona,
Już wiedząc swoje imiona.
Każdy z nich, co jedno mocy,
Rów, górę, zagon przeskoczy.

Jednego nazwiesz Leniwy,
Acz rączy będzie myśliwy.
Szorstyn mu wadą gorący,
Zleniał, a mogąc być rączy.

Nazowże Prędkim drugiego,
Co kresu dobieży swego.
Pies się o chrzest nie rozgniewa,
Rychlej, gdy nie dasz podlewia.

Nazwiże charta Karwatem,
A co ozdobny, Szarłatem,
Co się przez krzyż połyskuje,
Niech imię Piękne obuje.

Co czarny, nazow Cyganem,
Idzie-ć dyjabeł z poganem.
A co młody chart a szary,
Daj mu to nazwisko: Stary.

To się o to będzie gniewał,
Prędkoskoki wybiegował,
Szukał będzie tej pogody,
By go zasię nazwał: Młody.

Bestry pies a przekobiały,
Nazow go, że to pies Cały.
Popądź, Uciecz nazow drugie,
Pędząc one w pole długie.

Chwytaj, co jest wielkogęby,
Nie wadzą temu otręby.
Jeśli gębę z mianem zgodzi,
Ujrzysz, że polem dogodzi.

Trąbą nazwi z nosem długim,
Wytrwaj, Szukaj nazwi drugim.
Wszystko się to we psiech ziści,
Gdy się w polu zając czyści.

Nie przepomnię-ć dalszej sztuki,
Bywają-ć też ze psy suki.
Która pilna swego gnata,
Daj jej przezwisko: Sałata.

Która jada mąkę z ziarna,
Nazowiesz, że to jest Sarna.
Dobrym się łowem osłonisz,
Gdy nią jelenia ugonisz.


Jeśli jej znaczna ochota,
Nazwać ją godzi się Lota,
Ale jeśli jaka wyga,
Szkoda ją mianować Śmiga.

A zaś która rącza psica,
Nazowiesz ją Obrocica.
W domu ta dzieżkę wywróci,
Gdy biegu polnego skróci.

Już ich imion, jeśli-ć trzeba,
Proszę, tych nie szukaj z nieba.
W żydowskiej tego krainie,
Jako psa nazwać dość słynie.

Jest tam Sargan, są Smolowie,
Imię się psu wskok ozowie.
Tych niełagodne przezwiska
Ochrzci chytroskoka liszka.


MYŚLIWCA OBRÓT PIĄTY


Jako młoda rzecz każda z przodku się prostuje,
Tak i pies młodo ćwiczon, potym dobrze szczuje.
Człowiek słabo ćwiczony, na co mu wychodzi?
W swej woli, że uroście, to niecnotę płodzi.
Ranoczujne nauki stan wynoszą ludzi,
Trzeźwość uśpi, a cnota takowe obudzi.
I tak rostą rozlicznie światu w przystojności,
Urumuje ćwiczenie i przyrodne złości.
Alić jeden biskupem, kasztelanem drugi,
Co się w Padwi odłużył, tu wypłaca długi.
Co sam łazieł by munia, po drogach piechotą,
Pod nim fres nogi stawia, ale nie z chromotą.
Ów proboszczem, a ten zaś po prostu kapłanem,
Co na rzotkwi przestawał, teraz mięso z chrzanem.
Także-ć koń i źwierz inszy, jeśli się nie skróci,
Krzywogęby uwrot ma, karetę przewróci.
Więc też pies gnuśnorosły i latoś i łoni,
Nie myśl, że ten zająca i sarnę ugoni.
Głodnokare weźmieli z młodu wychowanie,
Barzo podłe to szczenię urośnie na szczwanie.
Po nim polnej gonitwy próżno się spodziewać,
I "u la la" okrzyknąć i trąbą mu śpiewać.
Ćwiczenia szukać trzeba, samo się nie rodzi,
Kto się młodo wyćwiczy, star się wszędy godzi.
Kota poszczuwać nie wadzi, niżli do jeleni,
Pies na małych zaprawion, do większych nie leni.
Albo lisa wychowaj i wilka za młodu,
Tym zęby wytrąciwszy, puść je do zawodu.
Uczyń w polu, poszczuwszy, bezzębą gonitwę,
Niech zaprawną psi młodzi mają z źwierzem bitwę.
Kąsał będzie wilk i lis, ale nie obrazi,
A w obrocie tej wojny nic chartów nie zrazi.
Weźmie sobie pies w pamięć, każdy wilk bezzemby,
To w poszczuciu nie umknie nosa ani gęby.
Już pomknie i za wieprzem, wilka się nie zlęknie,
Za prawo przyjąć musi, acz też czasem klęknie.

Gorszy będzie wtóry gon, leśne zęby trwałe,
Nie tak były u wilka chowane zuchwałe.
A w tym jeśli mały źwierz powalą psi młodzi,
Ten niech zjedzą, zaprawie ich się tu dogodzi.
Jeśli też wilk albo wieprz będzie porażony,
Daj takie mięso chartom, z niebacznej strony.
To tam pies karmion będąc, k temu bez urazu,
Zawsze nie szczędząc siebie, ugoni od razu.
Uciekać przed Karwatem prędko sarna musi,
A Cygan o jelenia zawsze się pokusi.
Gdy tak sztucznie psów horda będą zaprawioni,
Wierzę, w samo podwórze żubra wpędzą oni.


MYŚLIWCA OBRÓT SZÓSTY


Upatrzże w polu, że-ć potym nie szkodzi,
Który się ze psów do czego przygodzi.
Co-ć owo tylko nie milcząc skowyczy,
Niech ci się w poczet myślistwa nie liczy.

W polu masz poznać, jak pierwszy raz szczujesz,
Co w którym cnoty ujrzawszy poczujesz.
I na tym wiedzieć wrzeszczowi należy,
Jako który pies po swej kniejej bieży.

Ów, co w poszczuciu oględywa boki,
Ten co za źwierzem rychło zmyli skoki.
Bojaźny zając z trop mu się wywinie,
A z oczu rączo onemu psu zginie.

Sarn mu ubiegiem leniwy wzrok straci,
Nie obejrzy się, że jemu iść płaci.
A z drugiej strony, że koszlawa Lota,
Lis rowem tor wziął, a ona u płota.

Śmiga mu zaszła, lecz nie ma pomocy,
Sarłat przed wieprzem, zajrzawszy mu w oczy.
Toć prędko bieżą, kto tu kogo goni,
Oba się boją i tak idą oni.

Możesz też poznać charta po ogonie,
Pies ci nie wzleci, ryba nie utonie.
Co nim, by skrzydłem, wytrząsa do góry,
Możesz go pozbyć, taki będzie który.

Poznać ci charta i w pierwszym obrocie,
W jaki skok jego urodził się cnocie.
A jeśli w wtórym, trzecim nie ratuje,
Już twoje pole taki chart popsuje.

Taki z świniami niech bywa w oborze,
Nie myśl, aby go prowadził we sforze.
Takiego ziemia tak długo niech nosi,
Aż gość uporny onego wyprosi.

Ty chwal, a Pan da, nie stracita oba,
Zalotnym słowom panuje ozdoba.
Uderz się w piersi, żeś złego zbył z domu,
Szczęście w oduzdnym, iż go dano komu.

Ale zaś charta, a z wyprawnym skokiem,
Obejrzy jednym, także drugim okiem.
Śmiałość do źwierza patrz jako oddaje,
I rączobiegłych jak mu nóg dostaje.

Piersi, grzbiet i krzyż jaką sztuka nosi,
Ma-li swe kunszty, niech oń nikt nie prosi.
Płać pełną prośby, chowaj dobrze charty,
A za ogarza inszych zbywaj żarty.

Zbyć że nie możesz gościa upornego,
Koślawe wystaw i co jest chromego.
Z żałością rzkomo charta mu odpychaj,
Żeś nie gorszego dał, to jeszcze wzdychaj.

A jeśli wybór u ciebie wypatrzy,
Tak uradzieli, powiedz, naszy starszy,
Że przednie psięta doma zostawiają,
Takich myśliwcy od siebie nie dają.

W tąż wyżły macaj, poznawaj ogary,
Młode a dobre dzierż, rozdaj co stary.
Ci-ć pierwej źwierza, kędy leży, wzruszą,
Polotem charci, toż się oń pokuszą.

Zgubisz myślistwo, ani o tym żartuj,
Wszystki psy w polu obejrzy, przewartuj.
Rozerwiesz bowiem gromadę ich skoro,
Drugą obmyślić nie tak będzie sporo.

Jeśli-ć dobry pies, w zły czas ochromieje,
Bądź kontent z niego, a nie gub nadzieje.
Bo tą chromotą jeśli straci zdrowie,
Jednakże gamrat potomstwo opowie.

I ten nie wyńdzie, stąpa pokąd z domu,
Nikt oń nie rzecze, nie dasz go nikomu.
A jeśli k temu podepce chromotę,
Łanią gdy poszczwiesz, pokuś się o tę.

Tu się na lekach długi czas wysiedział,
Trafi do knieje, dokąd pierwej zwiedzał.
Upatrzy wilka przy górze, przy suszy,
Zależałych trzech z wyzdrowiałą ruszy.

I z takowych zaś dobrze się psi szczują,
Chromi już bywszy, nogom ufolgują.
Pomny na dawny guz, podniesie nogę,
A prędko skoczy, wziąwszy prostą drogę.



MYŚLIWCA OBRÓT SIÓDMY


Szukaj w jamie wiewiórki, abo kulą z drzewa,
Spadnie tak obwieszczona, zlękną się w niej trzewa.
I sobol tak i kuna i lampart latają,
Miasto skrzydła, ogonmi lotu nadstawiają.

I niedźwiedź nieugonny po drzewie do ula
Rychlej spadnie niż tam wlazł, gdy go zajmie kula.
Sidłem te źwierze małe motają dla skóry,
Jej ołów ledwie szkodzi, chocia spadnie z góry.
Jak możesz tych dostań, ale snadź przy kuli,
Z lampartem srogi misiek ledwie się utuli.
Na te trzeba surowszej praw egzekucyjej,
By snadź duszy swym pędem nie pomogli czyjej.
Oszczep, sieć, pies, kij dobry misiowi do rzeczy,
I on cię, jeśli go ty, mieć będzie na pieczy.
Wysłucha cię, jeśli chcesz, bajtko ten spowiedzi,
Ale zdrowie w tułowie ledwie się wysiedzi.
Nie lada ptak na drzewach wyrębuje dzieni,
Pczoła że go obleci, do góry nie leni.
Tego skóry nie targuj, ani jej przedawaj,
Gdy żywo chodzi jeszcze, ani się w to wdawaj.
Z skórą tak w karczmie będąc, raz dwa uczynili,
Jeszcze żyw niedźwiedź chodził, ci skórę przepili.
Szli do puszczej, okurent niedźwiedź się starł w lesie,
Ten jednego osiodłał, ów się na dąb niesie.
Ów patrzy na drugiego, niedźwiedź gra na grzbiecie,
Jako ciasto kopanią nieboraczka gniecie.
A potem miś odbiegszy, do niego się wróci,
Ucha poda do nozdrze, jeśli tchem co noci.
Że ów nie tchnął, niedźwiedź precz i on dąb ominie,
Bieży z drzewa Zacheusz po dobrej godzinie.
"Jak się masz - a z płaczem kupca skóry witał -
O co cię, wróciwszy się, proszę, niedźwiedź pytał?"
Rzekł, potarszy grzybieta, polekował brzucha:
"Nie pij za skórę żywą, szeptał mi do ucha".
Niezwyczajne źwierzęta małych puszcz w tej stronie,
W Libijej, w Macedonie kusieł się król o nie.
Wierciadłem bazyliszek stucznie porażony,
W nie wejźrzawszy, swym wzrokiem zdechnie bez obrony.
Lew się sieci nie boi, szkodząc źwierz i bydło,
W ziemi jednak zbudujesz nań niezbyte sidło.
Także równo się łowią silne krokodyle,
I smocy, co ufają nieomylnej sile.
A człowiek tym dół kopie, obija wsze strony
Mocnym dębem, paznokcie nie dadzą obrony.
Ziemią się ci wygrzebią pierwej niż kretowie,
Insze sidło ani wzwie o lepszym połowie.
To nad on dół łakocią bywają nęcone,
Bydlę tam usadziwszy, z tym wpadają one.
Tak Salwator Flamino w swe pogodne chwile,
Co w krajach tych wożono, pobił krokodyle.
Kilkanaście lat temu, pamięta-li który,
Jam w Łowiczu szeląg dał, bym widział te skóry.
Na co patrzyć nie było, robak to straszliwy,
Ośmnaście stóp jednego, barzo przykre dziwy.
Bucefał samże jeden, ten poszedł na konia,
W trąbę w niej pysk ten padnie, gdy uderzysz słonia.
Aleksander tak wojnę na słoniach wyswarzeł,
Słupy te mosiężnemi, rozżegszy je parzeł.
Trąbą k sobie chcąc garnąć, w trąbę poparzoni,
Wstręt mocno uczyniwszy, potarli się oni.
Ten się nigdy nie kładzie, nóg nie ma w przegubie,
Jeśli się gdzie obali i kruk mu doskubie.
Żubra psem trudno straszyć, snadniej go z pułhacza
Miedzy rogi umierzyć, niechaj się obraca.
Król Batory na straży siecią trzeciomilną
Otoczywszy , źwierzynę bierał nieomylną.
Tak pomału sieć onę zaraz ukracano,
Źwierza siecią stuliwszy, co król kazał, brano.
Bo gdy źwierz w krótkim polu, nałacniejsza wierzyć,
Zabieł źwierza, kto umiał do niego umierzyć.
Pieszczotny ryś z fortelem ten rychło w sieć wpada,
Chrzypta on i po śmierci prawie nie ubada.
Ale łosie naskrętne jak padną, ubije
Siecią, strzelbą i w wodzie zrazi go, on pije.
Okrzyknąć go potrzeba, nie dopuszczaj biegu,
A ty mu pilno w oczy, gdy bieży do brzegu.
Tur, wół polski, jakiego wszystkie ziemne kraje
Nie mają, ten na Puszczy Wiskickiej przestaje.
Też je pasą, jest straża, wielkie to źwierzęta,
Król polski strzelbą bierze w swe podobne święta.
Bawół, źwierz pospolity, ten jada i w trzcinie,
Najdzie to w polu z bydłem każdy dzień w chroślinie.


MYŚLIWCA OBRÓT ÓSMY


Roznieś po sercu, niech myśl porachuje,
Masz zysk myślistwa, czyli cię kosztuje?
Jeśli-ć myśliwcy o źwierzu nie wiedzą,
Jednak psi jedzą.

Więc dziś dwa korca mąki zjedzą charci,
Ogar i wyżeł pękato obżarci.
Myśliwcy za piec, w szopę charci weszli,
Nic nie przynieśli.

Oślada dzisiaj, wiatr przykry z morszczyzny,
Jutro dzień będzie pogodny i żyzny.
To rano w trąbkę, a w pole się śpieszą,
Tak państwo cieszą.

Aż się szynęło prawie do wieczora,
Tak wiele niosą, jak mieli i wczora.
Jeden wąs odął, z drugim gołowęsym,
W żupanie kęsym.

Mówią, że źwierz wstraszył, uciekł w lasy.
Bom go płoszali dzień każdy w te czasy.
Przestać by trzeba, aż się co nawinie,
A mąka zginie.

Śmieszna źwierzyny i piękna ochota,
W domu nie smaczna myśliwych sprawota.
Tysiąckroć więcej psi w roku kosztują,
Niżli uszczują.

To porównawszy, żeby pies był cały,
Trzeba, że gdzie psi i źwierze bywały.
Bo się dla źwierza charci dobrze tuczą,
Więc głośno huczą.

Jeśli z tym tego, a zawsze nie zgodzisz,
Ty próżno ze psy po tej ziemi chodzisz.
By pies nalepszy, zarwon dyjabłowi,
Jeśli nie łowi.

Ja, ty, żona, pies nic nie robiąc, jemy,
Pożytku nie masz, acz charty robiemy.
Do zniszczenia-ć to pręciuchne zasłony,
Zgadnie szalony.

Jednego doktor prawie aż do pasa
W ziemi okopał, niedaleko lasa.
To pospolicie potrzebno szalonym,
Dla zdrowia onym.

Wrzask sprawił, a w tym myśliwiec po dźwięku
Zaszedł mu w oczy, a zając na łęku.
Rzecze mu błazen w takowej biesiedzie,
On ze psy jedzie.

Wiele cię na dzień psi, frater, kosztują,
I wiele źwierzów gębami ujmują?
Piętnaście groszy, a nimi zającę
Ledwo utrącę.

A zacz ten wisa na łęku za nogi?
Trzy, cztery grosze, nie barzo-ć to drogi.
Zając trzy grosze, a za piętnaście psi,
Urwie się w rok wsi.

Żem trochę natręt, w pas mię doktor wsadzieł,
I głowę mirrą, stąd idąc, okadzieł.
Niż on tu przyjdzie, rad że-ć go tu miniesz,
Źle się nawiniesz.

Ja natręt, tyś jest tak marnoszalony,
Ówdzie cię wkopa ku polu z tej strony.
Mnie po pas, a tyś zarobił do szyje,
Źle ogar wyje.


MYŚLIWCA OBRÓT DZIEWIĄTY


Już łów swój obejźrzycie święci Sarmatowie,
A libiejskim nie myślcie grubym o połowie.
Niech się w żubra odmieni jeleń własnokrajny,
I sarn w puszczach i w lesiech kątów swych zwyczajny.

Niechże skok sarn rozkoszny do sieci przestanie,
A ty zbiegaj gęsty kąt, gdzie igrają łanie.
I pobok mocnociągłą przy ciemnej gęstwinie
Sieć roztoczysz, tak radząc o płochej źwierzynie.

To i co tam stąd wzbudzisz, w sieć napędź po stronie,
Bo w gęstwie chart i trudno kusić się ma o nie.
I owszem, psy po rogach trzymaj, lecz nie w gęstwie,
W polu-ć chart na przestrzeni pokaże się w męstwie.

Goniąc ciasno pies źwierza o dąb się roztrąci,
A ty charta snadź wolisz, niżli lisów piąci.
Bo jeśli się ci teraz w tę wojnę uchronią,
Potym wpadną w tęż co dziś, a bez chyby tonią.


Chyba jeśli od sieci źwierz strapiony stroni,
Na przestrzeniu niech go chart i drugi dogoni.
To jedne sieć zatrzyma, prawie im dobito,
Drugie charci narożni zwalczyli sowito.

Wieprza tak na Człochowie myśliwcy dostają,
I tenże w Łabiszynie kunst strzelcy miewają,
Że go tylko ołownym płaszczykiem obuje,
Do sieci go nie pędzi, ani charty szczuje.

A to temu, że tam pan nie miewa sąsiada,
Trzody świnnej nie straszą, barzo dobra rada.
Tylko wieprze od trzody biją wykąsane,
Kulą a cichym prochem, nad trzodą zdybane.

Bo wieprz młodszy przy trzodzie wykąsa starego,
Iż dawniejszy ten dostał kła zębotępego.
Więc w sranki stary z młodym (próżno-ć) nie dogodzi,
Nad świniami, że świnia, lecz z daleka chodzi.

Ni od kogo tam trzodzie nie napadnie wada,
W puszczach, jakby w oborze, chowają się stada.
Co się w cechu w inszy kąt swawolnie wychyli,
Myśliwiec ze psy rączo ścieżki takim myli.

Że nie wszędzie taki kraj, ty jak dostać możesz,
Wieprza, sarny, jelenia, tym sobie pomożesz.
Inszy Człochów, Łabiszyn i Rynarzów inny,
By tak chciał postępować, nie jadłby źwierzyny.

Jeśli się w sieć lis wtrąci i wilk bydłoszkody,
Trzymaj, po nim chcąc owiec sowitej nagrody.
Kijemże go upomni, niech płaci lotunek,
Rad w oborze włodował, w sieci dał rachunek.

Też mu przykre na polach nieuchromne doły,
Drogę z boru pomyli, myśląc pod stodoły.
To śmieszna, kiedy razem chłop i wilk weń wpadnie,
Co myślą, patrząc na się, napisze kto zgadnie.

A to żałość, ksiądz pieszo idzie do chorego,
Ze wsi inszej dla śniegu białonapadłego,
Iże nie znać przed śniegiem (wszędy równo) drogi,
Polem szedł po rozumie, z głową wpadł i z nogi.

Na wierzch laski, chudzina, w zimnodoły toni,
Przywiązał tyntynabuł, wzniówszy z dołu dzwoni.
Chłop to ujrzał, tamtędy na zabicie wołu
Wiodąc, pomógł chudzinie, iże wyszedł z dołu.

Owo zgoła com wprzód rzekł, prawdy to są wieczne,
Że świat i co na nim jest, są sprawy społeczne.
My budujem oborę, wilk się na niej żywi,
Tenże dołem straty swej człeku się przeciwi.

Prowadź chłopią do sieci, od strachu bezpieczną,
Rączą, szczerzą a pilną, k temu nie ucieczną.
Bo jeśli go od sieci lis, zając odsadzi,
Rychlej jeleń, żubr i wilk zlęknieniu zawadzi.


Wzbudź, pądź źwierza, rano-li bądź po słońca weściu,
A ty chłosiu, będzie-li twoja sieć na szczęściu,
Kijem w sieci, pokąd żyw, w łeb źwierza i w nogi,
Już nie będziesz w źwierzynie, tak bijąc, ubogi.

Za twą sprawą, jeśli się z sieci wilk wywinie,
Kij ów, co nim on wziąć miał, ten ciebie nie minie.
Tę sieć nie dla jesiotrów, rozumiesz-li, dziano,
Lecz dla źwierza leśnego tobie trzymać dano.

Zdybiesz-li też jelenia, sarnusię na goli,
Zaskocz mądrze, psy zasadź, tak mając powoli,
Zabieżawszy wilkowi abo tym od boru,
Upomni się ze wszech stron, dostaniesz poboru.

Nie folgujże, acz łani modliła się będzie,
Niechaj z tobą na sanie, lub też na wóz wsiędzie.
Szkoda-ć jej wlec po ziemi, otrą się jej boki,
Na wózże ją po tańcu za uprzejme skoki.

Wiele mądry myśliwiec fortylów najduje,
Dostawając, acz sieci na źwierz nie wstawuje.
Umie piszczeć jak sarna, wilk do niej po głosie
Bieży, on pułhak spuści, ali kula w nosie.

Umie poryk jelenia, sam się w gęstwę kryje,
Na głos idzie płochy źwierz, on z rusznice bije.
Wlazwszy wzgórę jak lupka młodziuchny skowyczy,
I on umie, jak prosię w lesie rodne kwiczy.

Bieży swój jak do swego, nie wie skąd go zdradzą,
Więc go z dębu, ten nie wie, okrutnie przesadzą.
Tak taki źwierz lada w dzień zgubę swą odnosi,
A myśliwiec go za to nigdy nie przeprosi.

Nuż zaś wilk, lis łakomy, ci giną z urazem,
Co się w ziemi zakopią, szkodliwym żelazem.
Bo rozpiąwszy kęs mięsa, sprawione obręczy
Węchem znajdzie wilk i lis, wskok go śmierć umęczy.

Już mi wierz, zachwycony stamtąd nie uciecze,
Acz za sobą to sidło mało dalej wlecze.
Jeśli wpadnie za szyję, prędko się zadusi.
I doczekać na miejscu, gdzie skrzeczkę zjadł musi.

Źwierza najsurowszego tak ubieżysz w szkodzie,
Gdy go bieżąc udybiesz, trafi się po wodzie.
Za nim z wiosłem w czółnie bież, albo z dobrym kijem,
Takowego skąpawszy, niż zetrzemy, zmyjem.

Jedno-ć wzgórz nie lata ziemny źwierz w swym chodzie,
W trawie, lesie, na błocie, najdziesz go i w wodzie.
Nie szczędzi-ć on skóry swej, ani chowa skąpie,
Kiedy kędy na obiad rad się wodą kąpie.

Obżarł się wilk, nu w łęgu usnął siana w kopie,
A nie wiedział, co w niej spał nieborak, o chłopie.
Obu woda w tę powódź i z sianem wezbrała,
I tak wierzchem bez zguby obu piastowała.


Obie dzadze kąpią się imo Świecie płynąc,
Już się mieli w ciemny las zgubnej wody chynąć,
Rybacy w skok on towar łodziami ratując,
Mają chłopa i wilka, chartami nie szczując.

Że to z kopy tej nie zsiadł, przedsię mu nie wierzy,
Bo miał w brzeg gdzie wpłynąwszy, tam być na wieczerzy.
Mniemał, że się i z sianem i z chłopem ożenił,
Alić mu to małżeństwo rybak wiosłem zmienił.


MYŚLIWCA OBRÓT DZIESIĄTY


Jedź na lisy, na zające,
Konia i charty miej rącze.
Bo-ć ten polem, niż miazgą, brzuszkowi dogadza,
Zającowi zagon, gęś lisowi zawadza.

I tućże różna jest ozdoba,
Acz zagon miłują oba.
Gęś, myszka, ptaszek lisowi po zagonie chodzi,
A zając się pożywi, co się na nim rodzi.

Nie jedną też chodzą drogą,
Lis zającowi jest trwogą.
Jednego pies, wilk, lew, lis ci są przyrodzenia,
Zającowi życzący dusznego zbawienia.

A ty wiedząc ich osadę,
Zróbże z nimi na zwadę.
Bobkiem ścieżkę namacasz, którędy ci chodzą,
A po śniegu stopy ich, kędy zimie brodzą.

Mijaj ich młodziuchne dziatki,
Na zajączka miewaj siatki.
Tam, gdzie biega chróścikiem przy jakowym płocie,
Ujrzysz słapiąc do strawy, ten będzie w kłopocie.

Lisią siatke-m wymalował,
Obręcze-m mu też ukował.
Chocia-ć on jest i hardy, k temu chytrobiegi,
Ujrzysz, raz swój upuści, gdy są za nim śpiegi.

On w polu, zabież do lasu,
Podniesiesz lisa z niewczasu.
Jeśli-ć dobrze chart zbieży, pomogą ogarzy,
Lis i zając próżno się nogami spoczwarzy.

Ty, jako ptaka na lepie,
Zająca zdybiesz na rzepie.
Mówią w ciepła, bo gdy mróz, chudzinka się zwinie,
W chróście się kącik trzyma, bo mu ciężej zimie.

Skoro go w polu okoli,
On będzie w wielkiej niewoli.
Tu go ogarz pchnie z miejsca, ty mu zabierz knieje,
Drugie też z inszej strony niech chartem odzieje.

Gdy wyżeł za nim skowyczy,
Nie trzymaj charta na smyczy.
Niech w twarz z boku prawego zabieżą mu owi
Charci, a w lew zaś drugie puścisz ku źwierzowi.

Trzecimi go sam po zadzie
Poszczuj, jednoty po składzie.
Bo jeśli źle, a nie tak prawie w raz poszczujesz,
I lis zginie i zając, a ty psy popsujesz.

A zaś kiedy już źwierz w lesie,
Taż ci się sztuka przyniesie.
Rozwiedź się na stronach z charty, patrz przy dołowinie,
Gdzie się zając albo lis przed ogarzem szynie.

Toż i tobie mówię, drugi,
Zasadź się pod same smugi.
Boć już trąbka wypędzi co za źwierza z lasa,
Psi poznasz jako głoszą, ci-ć nadzieja nasza.

Tuć już o zająca snadnie,
Gdy w pole z lasu wypadnie.
U la la, to dopiero ruszyć prędko koniem,
Bo jeśli się zatrzymasz, będzie wnetże po nim.

Żeś nie jadł, zaniechaj chrapu,
Skok otrzymaj od harapu.
Już ci powiem, mkni z kotem do Bystrca, Bogdanie,
Ujźrzę, o łaskę pańską będzie tobie tanie.

Zaniechajcie się z tą butam,
Poszczujem co ku Prabutam.
Ono zając, u la la, biegaj Serafinie,
Owo wskok bieży rowem ku Kwiedzynie.

Bogdanie, wróć się, niebożę,
Chwała tobie, miły Boże.
Niecnotliwa zdarła mu grzbiet wszystek ta Lota,
Weź do tego mniejszego, rozdartego kota.

Lepiej by na Wartkowice,
Poszukać lisa, wilczyce.
W pańskiej puszczy ku Sztumu, tam się cudne rodzą,
Więc po łęgu ku Gniewu rady tam wychodzą.

Psi-ć się już namordowały,
A wilk to źwierz zły, zuchwały.
Wiera, pódźmy tu pod las, ku onej pagórce,
Obmyślemy o lisiej, lub zajęczej skórce.

Jedźmy tu tak po tej łące,
Ono lis i dwa zające.
Spuść Kochmana z Sokołem, a daj pokój Locie,
Podrapie-ć nam te wszystkie, zarwona niemocie.

Czymże się dzieje, niestety,
Jakież owo były kręty.
Przedsię-ć ja wiem, ten lisiec kędy na noc siedzi,
Jutro go zaś ta trąbka raniuczko nawiedzi.

Nie wspomni żaden we dworze,
Miej każdy psy w swojej sforze.
Bez czego człek być może, prawdę mówię, Pietrze,
Iż się i lis i zając inszym czasem zetrze.


MYŚLIWCA OBRÓT JEDENASTY

Na drobny źwierz, wiersz ten drobny,
Równie równemu podobny.
Królika worem zasłonisz,
W dziurze i tak go ugonisz.

Jaźwca szczujesz, postrzelisz,
Mięso ubóstwu podzielisz.
Zabijesz go, dobrze-ć padło,
Niżli mięso, lepsze sadło.

Tchórza połapka dostaje,
Tęż stawiaj na gronostaje.
Łasica, szczurek i myszy,
Pod jadnakiem sidłem dyszy.

Szpitalowi oddaj baby,
Bocian myśliwiec na żaby.
Szkapie chudej będzie nogieć,
Wszy, pchły pobije paznogieć

Pluskwy ogniem z [ś]ciany dołaj,
A do karczmy je wywołaj.
Chłop da pokój, bo nie czuje,
Konwią się dobrze obuje.

Pająk, mrówki i sierszenie,
Te niech będą w wielkiej cenie.
Salomon tych mądry broni,
Z kretem je ziemią zasłoni.

Świercz, szczypawka i kowale,
Wspomnieni już po hejnale.
Lecz to nie źwierze, robaki,
Puśćmy je w sekwestr na żaki.


MYSLIWCA OBRÓT DWANASTY


Salamandra źwierz żywy, a w ogniu się rodzi,
I w nim, pokąd żywa jest, wesoła przechodzi.
Ta się chowa po skałach, co siarka gorają,
I płomień niezgaszony we dnie, w nocy mają.

Taki ogień skąd pali skały twardoziemne,
Zgadnąć myślił filozof i skry nieodmienne
Co dzień w piekło zaglądał co by wżdem gorzało,
Rozumu tej nauce barzo nie dostało.

Czemu jest wiatr i ziemia, woda, te żywioły?
Czemu ogień i nieba i trony z anioły?
Czemu się człek, chleb, mięso, ptak i ryba mnoży?
To się w rozum łbów bystrych upornie nie włoży.

Dziwno mu to nie wiedzieć za racją było,
O tym myślił, z tym chodził, o tym mu się śniło,
Nie mógł zgadnąć, skąd by to, bardzo rozgniewany
Wskoczył się dowiadywać w tak ogniste ściany.

Salamandrę tak zwabi do ognia świeżego,
Opodal, ale jasno jej nanieconego.
Że w przyrodzonym ogniu jest, tak mniema ona,
Dopali się wzniecony, będzie uchwycona.

MYŚLIWCA OBRÓT TRZYNASTY


Gryf w Kartego uchwycon, a siecią drotowną,
Więc Dydo go przeszyła strzałą tak hartowną,
A tak rychło przedarła długoszyje gardło,
I przez drot jej strzelenie tak rączo przepadło.

Ptasze skrzydło, ptaszy nos, ptasze k temu nogi,
Ale sam przede smoki wiele w moc jest srogi.
Koni czworo spętanych on wyrwie ze błota,
I leci na powietrze, jaka moc, ochota!

Ten się ścierwem każdy dzień, a obłożnie pastwi,
Do zbieżenia nie trudny, ułowić niełatwy.
I to rączo w swych krajach smaczni bażantowie
Kulą giną, rusznicą, jako i sempowie.

Przedni ptak, miły orzeł w chorągwi rozpięty,
Świętym krajom za herb jest i wiecznie przyjęty.
Twardotrawi strusowie też w Polszcze panują,
Ciepłe kraje, a nie mróz one tylko żują.

Przydajże im bociany, ci tylko dla dzieci,
By ich w Polszcze namnożył, do tej po to leci.
Kanie, wrony, jastrzębi, rarogi, sokoły
Łacno pobić, nie chodząc po mistrza do szkoły.

Łabęć zaś wdzięcznokrzyki przy brzegach sidłami
Bywa równo i z czaplą i z bąkiem chwytany.
Lecz rusznice do dropu, paw doma zostanie,
Na żorawia postrzy sieć, trzeba chytro na nie.

Gęsi, także kaczory, siejochy, kuligi,
Kuropatwy potargani, nieśże do Jadwigi.
Nęcić trzeba to ptastwo na miescach spokojnych,
Tak dostaniesz tych ptasząt barzo tłustohojnych.

Kilka dni jedne w polu, a drugie przy wodzie,
Wierz mi, że już w źwierzynie nie będziesz na szkodzie.
Potym on ptak zawżdy jeść ówdzie nałożony,
I drugich potym zwabisz z pułnocnej strony.

A ty z ptaki będziesz miał pożyteczną zwadę,
Gdy ich na żer zleciałych obaczysz gromadę.
Jeszcze raz spądź, sieć utkni, obesławszy gnojem,
Ujźrzysz jutro, zbierając ptaki się poznojem.

Nasyp przeńce przed siecią, grochu i tatarki,
Będzie połów żorawi pożyteczny, żartki.
Aż się ptak, żer miłując, tak ubezpieczeje,
Niechże koń sieć potarganie, żorawie odzieje.

Parę posłać do Gniewu, parę do Waplewa,
Piórek nie naruszywszy, tylko wyjąć trzewa.
Do Wartkowic jednego, kaczkę plebanowi,
On też, wierę, nieborak, sobie nie ułowi.

Dwie kopie wsadź, co stoją przy młynach w więcierze,
Niechajże nikt, proszę cię, żorawiów nie bierze.
Dojźrzy tego Nadrowski, te dziury zasłonisz,
Bo nie rychło takiego ptaka ty ugonisz.

Do kuchni trzech podać wskok, boć widzę po moście,
Czwartego do podlewy, do nas ci to goście.
Odpoczniesz sobie gąsko, utucz się kapłunie,
Aż się każdy z żorawiów z tej klatki wyzunie.

To-ć zajźrzeć inszy będą, że ptaków nie mało,
Tak właśnie, jakby śmiechem, w sieć się ukulało.
Trzy ćwiertnie owsa zjedli, dwa korce pszenice,
I za to je wsadzono do zgubnej ciemnice.

A z kaczory też trzeba bywać w nowym stroju,
Jeśli z nimi chcesz zetrzeć pożytecznie w boju.
Jak zmądrzeli na kaczki mili Żuławczycy,
I żywią Gdańsk, Lbiąg, siebie kaczorami wszyscy.

Obmyślili wodami ścisłociekie wody,
Kilka kaczek ćwiczonych, jakie mają zwody.
Ze błot, gdzie jedno wiedzą, ciągną je i z stawów,
Żyje dobrze fortelem z takowych przystawów.

Z świtaniem precz wylecą, a pędzi je zorza,
Alić stado kaczek wiodą z głębokiego morza.
Mają rącze obłudy po kaczorach śpiegi,
Oblecą, ich szukając, i pułnocne brzegi.

Wszędzie w Polszce i w Prusiech kaczki wyszukają,
A już przez nich Kaszubi, że nie masz, biadają.
Cygani w swoich ziemiach żywili się tymi,
W Żuławę że wleciały i ci tu za nimi.

Trzeba zmysłu na ptaka, ja się nie dziwuję,
Ani ludziom fortelu namniej nie ujmuję.
Nuż też sokół i jastrąb i z rączym rarogiem,
Aza kaczor, gdy spędzisz, nie będzie połogiem.

Skoro jedno bu, bu, bu w bęben głośno trąci,
Aliści w skok ubili kaczoreczków piąci.
Smaczniejsze-ć też domowe, niżeli murzyńskie,
Bo w tych czarne mięsisko, niesmaczne i śliskie.

A kto nie ma dostatku, z rusznice ubije
Kaczkę, zjadszy dwie na dzień, oto przedsię żyje.
Przedsię zwłaszcza jesieni smaczniejsza niż wrona,
Dwie zjadszy przy kapuście, brzuchowi obrona.

Kaczorowi to niewczas i zdrowiu zawadzi,
Gdy prochem z trybularza koło niego kadzi,
Powszedni dzień on woli, niż święto z kadzidłem,
Czasem sobie na rżysku chodząc między bydłem.


Nie masz postu u niego, wilijej ni święta,
Ni pacierza nauczy za młodu kaczęta.
To go cieszy, że strzelec dla niego szkoduje,
Gdy proch dla trybularza u Szota kupuje.

Rzekł: "Darmo-ć go nie dadzą, strzeli albo minie",
On precz leci nie trafion, za grosz prochu zginie.
Ów proch gubi, a kaczor lecąc się chychoce,
Skrzydła podniósł, cał uszedł i bieży wysoce.

Wygrał, wierę, i drugim to święto opowie,
Utargował na wodzie odlotem swe zdrowie.
Gęś do zbiegu trudniejsza, bystrooka wszędzie,
Na brzegu nic nie zetrwa, ani się ląc będzie.

Okiem wejźrzy a drugim, na pływ się odsunie,
Gdy kto depce, a ona w ten czas ani trunie.
Kaczka-ć, jako na psie raz, nie masz u niej boju,
Na to miejsce gdzieś strzelił, mknie by do pokoju.

Przeto ptaka naturę nie wadzi przebadać,
Pierwej sobie miecz naostrz, niżli będziesz wsiadać.
Jeśli-ć żerem nie skoczy szczeście do gąsiora,
Musi-ć swoich dodawać pole i obora.

Płoższa gęś niżli żoraw, acz nos wyżej nosi,
Patrzy ta, kiedy łąkę chłop przy wodzie kosi.
K temu stara, trzysta lat gęś żyje na świecie,
Pamięta potyczek swój, jak zimie, tak lecie.

Jeśli kiedy przystawam bywała u sieci,
Nie wyńdzie jej w jej lata taniec ten z pamięci.
Ta aż sobie nos wszystek o trawę obłodze,
Że już szczypać nie może, umrzeć musi srodze.

Tegoż wieku, spisano, zażyć może wrona,
By tak długo żyć miała, ja nie baczę, ona.
Gęś trawę źrze, a wodę ona w miarę bierze,
Więc nie starga natury, zawsze w swojej mierze.

A wrona ma przekwinty, to ścierwik, to żółwik,
Zjadszy, choć bez serwetki, kracze, że nie słowik.
A drugi raz szczecinkę, myszkę i gowoniec,
Kiedyż takich pułmisków, proszę, będzie koniec?

Jakoż to długo żyć ma, stargają potrawy,
Nie przyjdzie ta w długi wiek, ni do zdrowej sprawy.
Tąż drogą kuropatwy niewielkim orszakiem
Chwytać będziesz niciami, a ćwiczonym ptakiem.

Uczynisz żer pod górą, przy chróściku w pole,
Nie górą, ani nazbyt nie w widomym dole.
Posyp co źrze, uczyń nęt, przy koniu pochadzaj,
Aby jedno strach z nich szczedł, tu pilno dogadzaj.

Boć się konia nie boi, idzie o osławę,
Niźli sto kuropatw, woli targać trawę.
Albo w płachcie, nabywszy od zadu ogona,
Na kształt szkapy popądź się z brózdy do zagona.


To się żaby nałożą tak niepostrzeżone,
A ty w ten czas potargasz żerem utuczone.
Każdą poduś, boć one będą w teszliwości,
Od kłopotu wychudną, z mięsa będą kości.

Jeśliś jeszcze a prawy to mając młodzieniec,
Cztery pary Zabelli w kierz schowaj za wieniec.
A jeśliś też otłukiem, co po ptaku chłopu,
Miasto wieńca, za ptaki pan gotuje skopu.
A owego jeśli wzwie gamrata u słupa,
Tak go częstować będzie, aż mu puści [dupa].


MYŚLIWCA OBRÓT CZTERNASTY

Jarząbku lataj, masz skrzydła gotowe,
Zmaluję, wzruszę już ptastwo borowe.
Sidło cię targa, rozkoszny nieboże,
I tak cię zmoże.

Jagodę wytkniesz myśliwcze na słomie,
On zleci do niej, porwie ja łakomie.
Włosień przez głowę z jagodą jesiony,
Ptak obieszony.

W was rymem musi, pustelni kurowie,
Gdy czujesz grzywacz z dębu się ozowie.
Ten ziarno, ów zaś jemiołeczkę łuszcze,
Z rusznice w głuszce.

Gołąbek ryczy, podrzeźnia seroka,
Cieniuczką rurką uderz w co chcesz z boka.
Papugi niechaj, a choćby chciał, stoi
W nadobnej zbroi.

Sójkę, kukawkę zmaczaj, ale w maju,
Potym ich nie bij, miej to w obyczaju.
Wywielga siedzi na podobnej łasce,
Kulą ku krasce.

Słowika ubić, zasmęcisz anioła,
Raczej rozgniewaj z przepłotem dziecioła.
Raczej niech zgubi z twych palców swój czubek,
Plugawy dudek.

Gawrona, kawki dostań mi i kruka,
Do synfonału pióro jego sztuka.
Mięso się i tych zgodzi z kuropatwą,
Jak jedwab z dratwą.

Z was ci pułmisek ziąbki i sikory,
Czyże, śnieguły i szczygłów niespory.
Raczej mi w klatce śpiewajcie przy maku,
W wesołym znaku.

Trznadl mi się wiesza na cienkiej belicy,
Pod niebem wdzięcznie skowronek mi krzyczy.
Czajka przy błocie głosem ukazuje,
Gdzie wilka czuje.


Piąnka i kulik gdzie najwiętsza rosa,
Przepiórka pilno przestrzega mi prosa.
Malusieńki strzeż kryje się w kłopocie,
Skacząc po płocie.

Wróbel i jaskółka barzo muszą ulec,
Pustółka leci kędy i krogulec.
Szpaczka i kosa, ci kędy śpiewają,
Pilno szukają.

Wszystkie te i co nad wodą latają,
Sidła i prędkie kule pochwytają.
Kryje się sowa i w las ogniwaczek,
Sam nieboraczek.

Lepem maluczkie po rózdze wleczonym,
Bo ptaszek lepem gdy będzie zachwyconym,
Chce nóżki dobyć, alić tak potężnie,
Skrzydłem uwięźnie.

W klatce mej ptaszka, gdzie kierz szerolisty,
On krzyczeć będzie, ptaszek tego isty.
Że we krzu drudzy, a on na nim siędzie,
Zdrowia pozbędzie.

Trzaskiem też chwyt jest sowę podeń wrzucić,
A on po górze małą dziurę spuścić,
Będzie na trzasku sowie się dziwować,
Możesz go schować.

Trzasku jak siędzie w którejkolwiek stronie,
Już jego zdrowie z nim zaraz utonie.
Okraczy nóżki drążek rozłupiony,
Tak narządzony.

Pomkiem przy jatkach wróblów dostać może,
I zimie w gumniech, siła to pomoże,
Bo kłosów potym w polu nie wybierze,
Gdy go tak zbierze.

Francyja nad to ma swe obyczaje,
Myśliwiec ptaków każdy dzień dostaje.
W nocy dwaj z siecią, w pole wlekąc, chodzą,
Ptaki dogodzą.

Więc przodek sieci na laskach podnoszą,
Siebie daleko w ten czas ptaka płoszą.
Gdy drugi koniec się po ziemi wlecze,
W sieć ptak uciecze.

Chrościel, przepiórka, co na ziemi siedzą,
Skowronek, ba pódź, jutro to pojedzą.
Lampy maluchne pod płaszczyki mają,
Ptaki łapają.



MYŚLIWCA OBRÓT PIĘTNASTY



Chleb łamie wieczór na sobie w Emaus,
Z źwierzyną zapadł nierychły Ezaus.
Izaak jeść chce, a ten goni w lesie,
Emaus chleba, źwierzyn Jakob niesie.

Jakobie, kozieł tu za żubra płaci,
Siła pomagasz (a cnota to) maci.
Stary nieboże, twe oko nie widzi,
Mater popycha, Jakobus się wstydzi.

Otóż ci przyniósł ozdobne potrawy,
Mięso, źwierz, ptastwo, kosztowne-ć to sprawy.
Ryb jeszcze tuta świeżych nie dostaje,
Rebeka z telu pułmisków dodaje.

Łosoś uskoczny wpadł na rzece w skrzynię,
Jesiotra w rosół natychmiast przyczynię.
Bom go sieciami przy brzegu oskoczeł,
Śledzie mam proste, drugich-em namoczeł.

Wieloryb karpiów goniąc, ich napłoszył,
I szczuk, a te dać na ostatku w rosół.
Kleszcz się płatany krwawoświeżo juszy,
Wyprawia oczy i zdrowy jest duszy.

Certy z okuńmi upiec rumieniuchno,
Węgorz do juchy, coby był kruchuchno.
Śliżki w imbier wysmażyć, a z octem,
Ja się, nie sromam dzisia z swoim pocztem.

Sumu do plusku dać, toć tłusty taki,
I wielkoszyje natapiane raki.
Ogon do tego, co ryba, bobrowy,
A przodek w kożuch zostanie gotowy.

Wydra, nie wiem co w sieć ci ją wegnano,
Skórę na kożuch, w rybę mięso dano.
Za rybę ja jem, co po wodzie pływa,
Ach, toć mi wdzięczno, że nam ryb przybywa.

Jażdże na zimne, płotki karbowane,
Lin i kiełbiki niech będą schowane.
Jeszcze-ć ja jestem zupełnej nadzieje,
Przyniosę flądry, sułwic i ukleje.

Kleniów tu nie masz, ale są jaźwice,
Ujął ich kucharz aż do połowice.
Ostatek niech w sadz, poko żywe, wsadzi,
Mrzewki i mlanki niech dawa czeladzi.

Dubiele mącą się w tej wielkiej fasie,
Co większe oczesz, co w niej są karasie.
A co są na dnie, oparz je piskorze,
W ostatnim sieci co zostały chorze.

Sędacze nie tak jak smakują dorsze,
Już mi na smaku tak się zdadzą gorsze.
Ja rapę nawet wolę, niżli kożę,
Wątróbk z miętusa jeść się nie odłożę.


Plaskate ryby, jak strzelista wzdręka,
Mnie ją pożywać wielka krzywda, męka.
Pstrążka miłuję i tak mi smakuje,
Iż gdy pożywam, zdrowie rozkoszuje.

Tom jedne wędą, siecią chwytał drugie,
Statkami mientus i węgorze długie.
W skrzynię narzędną łosoć bystrowody
Wskoczył, a jam go przyjął na swe gody.

Drugdy łososia sieciami dostawam,
Inszym, gdy więcej, tak szczodry rozdawam.
Jesiotra równo, gdy go wody ścisną,
Dostanę, płynie mimo nasz dom Wisłą.

Z inąd mi wiozą cnotliwi sąsiedzi,
Tu ich nie miewam, że ich nie masz śledzi.
Karpiów nałowię, wiedząc ich przebiegi,
I sieć mam po nich i chłopich nóg śpiegi.

Bo się on skrycie po wodzie utuli,
A głowę na dno chytrotajny wmuli.
Szczukę na wędę, czasem siecią, statkiem,
I samą siecią kleszcza mam dostatkiem.

Rybkę na wędę żywiusieńką wścibię,
To już tam wielkiej ryby nie pochybię.
Szczuka lub okuń, co przechodzą morze,
Porwą też czasem rybeczkę węgorze.

Po też na sznurach wieczór ciskam wędy,
A rybkę małą pozawdziewam wszędy.
Niż się zapali po świtania zorza,
To zbieram z wędy krętego węgorza.

Inak się chwyta ryb rodzaj wszelaki,
Śliż, węgorzyce, spaczookie raki.
W jamie ich szukam, albo pod kamieniem,
I tak odchodzę rzeki z dobrym mieniem.

Na szczukę trzeba na łańcuszku wędy,
Włosień i konop zębem utnie wszędy.
Na insze ryby cienki włosień skręcę,
I tak za gęby wądeczką ich dręczę.

Jętką oblokszy wątkę, to płocica,
Kiełb, okuń porwie, gdy cienka zdzewnica.
Wzdręga zaś muchę powierzchnia ukleja
Porwie, a w worku jej pewna nadzieja.

Wiersze tak podczas z lasek wplotszy kładę,
I mam już o tym nieomylną radę.
Acz jedna płynąc takie sidło minie,
Druga wżdy trafi do człeka, nie zginie.

To mam na pieczy, że źwierza żadnego
Nie biję, zwłaszcza w swe czasy kotnego.
Trucina mięso, a maluczkich szkoda,
Niech pierwej onych przypadnie uroda.


Szkoda w ten czas ryb, gdy się mnożąc mroszczą,
Lepiej, że usta te ryby odposzczą.
I jaj ci szkoda na gnieździe popsować,
Dopuścić lepiej ptaszętom skrzydłować.

Żeś tak obmyślny, Bóg tobie stokrotnie
Oddawa dary, niech w lata obrotne,
Niech cię piastuje ręka jego wszędzie,
Z tobą niech w polach i na morzu będzie.

Niech cię rosypie, by gwiazdy w obłoku,
Niech ci dodawa hojnego obroku.
Jak mnoży morze piaski drobnosype,
Tak się urodzi gumno twe obfite.

Twoje nasienie rość będzie, nie zginie,
Dzień w dzień w wesoły będziesz żył nowinie.
Inszy-ć nie będą w szydzeniu urągać,
I w strachu na cię zewsząd będą wzglądać.

Zostałeś w szczęściu przed inszymi braty,
Bóg ci niech stanie za te wszystkie straty.
Ja-ć wszystko widzę i myśl tak mi chodzi,
Że-ć się to wszystko z pociechą nagrodzi.


MYŚLIWCA OBRÓT OSTATNI


Jużem się dziś napatrzyli,
Zająców jako kręcili.
Gdy jeden łbem z góry toczeł,
A lis go chytry przeszkoczeł.

Owo chart niepospolity,
Skok ma za łanią sowity.
Ni go dojźrzec po zagonie,
Wilka pozna po ogonie.

Ba, nie to, ale na pole
Wypadł równo, by po stole.
Bieży milcząc, nie skowyczy,
Ni dołów, ni gór nie liczy.

Wieprza dotrzymał za ucho,
Wypadł nań jakoby głucho,
A wieprz wrzeszczał, słyszeć było,
Patrzały oczy me miło.

Owo-ć Kulan, ów chart stary,
Lecz owe młode poczwary
Już się dzisia zaprawiły,
Będą te dobrze goniły.

Pij Wojtasie, boś zarobił,
Prawieś się w polu ozdobił.
Czteryś ty ugonił sarny,
Nie trzeba ich żywić ziarny.

Pieprzem jej w garncu dotuczyć,
Kucharza nie trzeba uczyć,
Że ją i octem zaleje,
Barziej ci w kotle zemdleje.

Ówdzie sztucznie zabieżeli,
Zając z lisem gdy bieżeli
Chrościkiem, a tam porowa
Śliska, co od Michorowa.

Więc psów idąc nie zoczyli,
Którzy w dole w smyczy byli.
A gdy po nich Sarłat skoczeł,
Lis w górę, skoro go zoczeł.

Skóra piękna, włos chędogi,
Chrzybiet w przód, a w czapkę nogi.
Szłyk będzie prawie od święta,
Poznały Bystrzec źwierzęta.


ZAMKNIENIE MYŚLIWCA

Masz tedy jakby lutniej wsze tabulatory,
Gonić źwierza i ptaki, ryby będziesz ktory.
A wy łanie poskokie w wieluńską gęstwinę
Donieście na swych nogach z tych kątów źwierzynę.

Spokojną tam znajdziecie w tej puszczej potrawę,
Noteś w zmęt przepłynąwszy, także bystrą Drawę.

Starosta dobroć szczera, przyjmie was z ochotą,
Skoro której przywita, nie pójdzie piechotą.
Każde szczęście wprzód chodzi w jego dni Piotrowe,
Przeto sarny, kiedy chce, wszędy ma gotowe.

I kurfierst i pomorskie w swych puszczach książęta,
Więcej źwierza nad tego nie mają w swe święta.
Bożeż tego błogosław, hojno-ć chleba daje,
I z każdym, jako cny pan, łagodny przestaje.


K O N I E C



Powrót do treści | Wróć do menu głównego